Strony
„Każdy kwiatek woła: weź mnie do kościoła!”
(Karolina Napiwodzka)
Za pomocą powyższej rymowanki sympatyczny ksiądz zasygnalizował obrazowo
potrzebę uszanowania wielowiekowej tradycji Kościoła z przynoszeniem do
świątyni ziół i kwiatów w
dniu 15 sierpnia. Nie mogąc najzwyczajniej w świecie, bez wyrzutów sumienia
zignorować potrzeby przemawiających do mnie zewsząd roślin, niosę cały „wiecheć”
rozmaitych traw, ziół, kwiatów, pędów i bylin, krocząc odważnie przez stare
miasto. Gdzieniegdzie znajdzie się starsza pani ze skromnym, symbolicznym bukiecikiem,
zakupionym w ramach akcji „świąteczna cegiełka na potrzeby parafii” lub
kilkuletnie dziecko wymachujące dumnie pożółkłą trawą, zgodnie z zaleceniami
rodziców, spełniających przykładnie swój obowiązek przekazywania nowemu,
dorastającemu pokoleniu „postaw i wartości”, których przecież „tak mało we
współczesnym świecie”.
O ile pełne wdzięku wierszyki czy też plastyczne metafory działały na nas
w wieku wczesnoszkolnym, później stopniowo traciliśmy do nich zaufanie. Bywamy coraz
bardziej rozczarowani nieaktualnością i nieadekwatnością zapamiętanych z lekcji
religii obrazków, na których widnieje na przykład uśmiechnięty chłopiec,
ochoczo pomagający mamie sprzątać mieszkanie i zaprzestający nagle kłótni z
młodszą siostrą. Dlaczego to, co przysparzało nam dawniej dobrego humoru, teraz
jest powodem zakłopotania? Ktoś mógłby powiedzieć: Przecież nic tu nie pasuje
do mojego życia. Rzeczywistość jest dużo bardziej skomplikowana niż
kompletowanie naklejek zdobytych po roratach. Komunijna książeczka do nabożeństwa
odpoczywa wsunięta na półce gdzieś pomiędzy Sienkiewiczem a Słownikiem wyrazów bliskoznacznych,
którego wymagała pani od polskiego w celu wzbogacenia słownictwa w
wypracowaniach.
Moja „religia” zniknęła około drugiego miesiąca masowanych przygotowań do
bierzmowania, a obecna „religia” nie spełnia moich wymagań estetycznych i
poglądowych. Dla świętego spokoju siedzę w świątyni, a tu nagle…dociera do mnie
kolejna nieprzekonująca historia rodem z pozycji książkowej, zawierającej
przykładowe kazania dla początkujących księży i diakonów. Czy to jakieś żarty?
Czy wiara, o którą chodzi naprawdę pozostawiona jest mojemu indywidualnemu
„doszlifowaniu” w domowym zaciszu? Z mojej perspektywy ludzie, zajmujący się w jakiś sposób sprawami
mojej wiary mogą mi bardzo pomóc w odkrywaniu nowych pomysłów na jej przeżywanie
i coraz lepsze poznawanie, w
przygotowaniu na przygodę, jaką jest spotkanie z Bogiem i ludźmi. Jestem jednak
daleka od przekonania, że mniej lub bardziej wadliwe instytucje mogą
przeszkodzić temu, kto z prawdziwą wiarą zetknął się chociaż raz.
Czy każdy może sobie pozwolić na
usłyszenie religijnej infantylizacji? Może nie każdy. A może po prostu słuchać
zawsze warto, a i tak powinno się obowiązkowo próbować uzasadniać gesty i
słowa, związane z potrzebną nam wszystkim tradycją, za wszelką cenę znajdować
ich sens.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Archiwum bloga
-
▼
2012
(17)
-
▼
października
(16)
- Słów kilka o projekcie
- „Zabić drozda – książka ponadczasowa”
- Wyzwanie
- Seneka o krótkości życia. Refleksja.
- Richard Dawkins Bóg urojony
- Persepolis i wizerunek kobiety w Teheranie
- O nadziei. Mimo wszystko
- Oriana Fallaci – recenzje
- Brzytwa Ockhama
- O wpływie globalizacji na państwo narodowe słów ki...
- O uczuciu zwanym miłością
- „Mam ręce dwie, obejmę się…”
- „Każdy kwiatek woła: weź mnie do kościoła!”
- Etyka dziś
- Etyka
- Bóg kontra bóg, czyli o wierze
-
▼
października
(16)
Obsługiwane przez usługę Blogger.
0 komentarze:
Prześlij komentarz