Słów kilka o projekcie



Pewnej szczególnej Nocy powzięliśmy zamiar stworzenia miejsca, w którym moglibyśmy bez skrępowania, bez obawy o właściwą ilość przypisów, rozmiary marginesów oraz konwenanse metodologiczne  ujawnić nasze zainteresowanie filozofią. Nie przypadkowo zaślubiliśmy pornografię z filozofią. Był to zabieg komercyjny, który miał zaszokować i uruchomić lawinę myśli. Nie boimy się śmiałych połączeń.  Rzeczywistość umysłową ubraliśmy w nagie ciało. Chcemy, aby filozofia była podnietą dla życia i działania. Wysyłamy ją na ulice, aby zarabiała na siebie.  Wyszła z ram dziedziny naukowej a stała się dziedziną naszej egzystencji.


Tak powstała strona pornofilozofia.com
Niestety z czasem uznałyśmy, że strona jako forma nie spełnia naszych oczekiwań - dlatego przekształciłyśmy ją w blog. Wszystkie umieszczone dotąd teksty były publikowane na stronie, teraz przechodzą do naszego archiwum. Marta, Dagmara i Karolina to współpracujące w pierwszej fazie studentki, obecnie blog współtworzą: Ania i Kasia.

„Zabić drozda – książka ponadczasowa”



(Dagmara Anna Jaworska)



Zabić drozda to opowieść widziana oczami małej dziewczynki, Jean Louise, zwanej też Smykiem. Opowiada ona o swoim dzieciństwie, spędzonym na zabawach ze swoim bratem Jemem i ich przyjacielem Dillem, o przygodach jakie ich spotkały, pytaniach, często trudnych i wartych przemyślenia. Książka, która na pierwszy rzut oka wydaje się być dziecinną historyjką, niesie za sobą wiele wątków ponadczasowych na temat uprzedzeń ludzi, ich natury i tego jak wielką siłę ma zbiorowość.
Pierwszym wątkiem tej historii jest postać Dzikiego Radley'a, sąsiada Jean Louise i jej brata, który od lat nie wychodził z domu i wydaje się dzieciom postacią przerażającą. Młodzi bohaterowie znają go jedynie z opowieści, jest dla nich zagadką, tajemnicą, którą chcą odkryć. Jego postać i powód dla, którego tak długo nie wychodzi z domu Budzi w nich fascynacje. Z czasem zaczyna to być ich drobną obsesją. Tworzą nawet przedstawienie na jego temat i wystawiają je dla zabawy. Jednak przerażający i siejący trwogę Artur Radley okazuje się być wybawieniem dla dzieci. Najpierw zostawia im różne „skarby w dziupli drzewa na swoim ogrodzie. Później, gdy Jem i Smyk zostają zaatakowani to on broni ich, narażając własne życie. I to właśnie Dziki, okazuje się po części być tytułowym drozdem, do którego przecież nie wolno strzelać - broniąc swoich sąsiadów, zabija człowieka, co w stanie Alabama (gdzie rozgrywa się akcja książki) karane jest śmiercią.
Jednakże ojciec dzieci, Atticus, oraz Pan Henck – miejscowy szeryf wspólnie postanawiają zatuszować sprawę ze względu na okoliczności i stan zdrowia Pana Radley'a. Wydaje się on być zagubionym dzieckiem, które boi się świata, chłopcem, który chciał bronić swoich przyjaciół, nie zdając sobie sprawy z tego jak wielką ma silę. Zrobił coś złego, jednak czy gdyby nie zrobił nic byłoby lepiej? I właśnie tu mamy jeden z wielu problemów moralnych tej książki. Wiadome jest, że nie wolno strzelać do drozdów, gdyż nie szkodzą a swym pięknym śpiewem umilają czas. Jednak czy Pana Artura można potraktować jak drozda?
Kolejnym ponadczasowym wątkiem jest proces Toma Robinsona. Tom był czarnoskórym niewolnikiem, który pracował  sumienne, był kaleką, mężem i ojcem. Został oskarżony o gwałt, a właściwie próbę gwałtu, co również było równoznaczne z karą śmierci. Bronił go Atticus Finch, ojciec Jema i Smyka. Przez to został okrzyknięty mianem „murzyńskiego pachołka”, mimo że to sędzia zadecydował, by to właśnie on bronił Pana Robinsona. Atticus spisał się świetnie, udowodnił w pełni i uargumentował, że Tom Robinson nie mógł zgwałcić Mayelli Ewell. Jednak Tom był od początku na przegranej pozycji, gdyż był czarnoskóry. Został skazany na śmierć. Wyrok nie odbył się planowo, ponieważ wcześniej Tom został zabity podczas próby ucieczki. Można zapytać „Gdzie sprawiedliwość?” „Czym zawinił ten człowiek?” „Jak można skazać kogoś na śmierć wiedząc, że nic złego nie zrobił?”. W tamtych czasach, to nie miało niestety znaczenia. Był czarny, więc był winny.  Choć na samą myśl o śmierci niewinnego człowieka, nam robi się niedobrze. To czy teraz tak nie jest? Czy sądy nie są zbyt niepewne? Przecież ludzie to ludzie, bywają omylni. A życia nie da się nikomu oddać, jedyne co może on pośmiertnie odzyskać dobre imię. Lecz do dobrego imienia nie przytuli się dziecko pozbawione ojca.
Ostatnim wątkiem jaki chce poruszyć (choć pozostało ich jeszcze wiele) jest podejście do wojny. W szkole Smyk słucha o tym, jak złym człowiekiem jest Hitler, który prześladuje Żydów za to w co wierzą i za ich pochodzenie. Zgadza się z tym, że jest on zły, mimo że wie, iż nikogo nie wolno nienawidzić, choćby nie wiadomo jak złym był człowiekiem. Jednak zastanawia ją, dlaczego ludzie, którzy tak bardzo brzydzą się prześladowaniem Żydów i dzieleniem ludzi na kategorie. A sami dzielą ludzi na czarnych i białych. Niewolników i wolnych. Nie mogła zrozumieć jak ludzie tak brzydzący się Hitlerem, sami zachowują się jak on tyle, że na mniejszą skale.
Książka ta ukazuje zupełnie inny świat, świat podziałów i braku tolerancji. Świat gdzie ludzie wolą się nie wychylać, gdzie wszyscy są szarą masą myślącą tak samo. Z drugiej strony jest to świat, gdzie każdy każdego zna, gdzie ludzie sobie pomagają, są dla siebie uprzejmi. Świat niby naszemu podobny, a zupełnie różny. Jest warta przeczytania, polecić mogę ją czytelnikowi w każdym wieku. Na kartach tej książki dorastamy razem z Jean Louise, poznajemy czym jest ludzka godność. Uczymy się szacunku i wzajemnego zrozumienia. Przechodzimy od łez przez złość do śmiechu i radości. W końcu dorosły może zaobserwować świat oczyma dziecka. To, że dla dzieci wiele problemów też jest ważnych i ma sens. Jest to też swoista lekcja moralności, która przyda się każdemu z nas.

Wyzwanie



(Marta Szopka)


Do napisania tego artykułu natchnął mnie film „Conquest of paradise”. Przedstawia biografię i wyprawy Krzysztofa Kolumba. Muzyka Vangelisa dodatkowo pobudza zmysły, by przenieść się do minionej epoki i wziąć udział w wyprawie podróżnika. Nie będę przedstawiała akcji filmu, tu jedynie mogę zachęcić do obejrzenia. Film zaś wpłynął na pomysł opisania podejmowania trudu decyzji, odwagi, a także arogancji i zaangażowania w realizację marzeń. W końcu każdy z nas boryka się z problemami realizacji marzeń na co dzień, poszukując własnego ja.
Często pytamy siebie, czy podejmowane przez nas decyzje są dobre, odpowiednie do danej sytuacji. Nieraz odkładamy je w czasie, łudząc się, że będzie lepszy moment na ich realizację. Mimo wszystko rządzi nami strach i obawa przed nieznanym, przed porażką. Co będzie, gdy nam się nie powiedziecie? Zapewne i takie pytania doskwierały wielkiemu podróżnikowi, ale idea zrealizowania jego pomysłu przyciemniała takie rozterki. Być może w życiu nie powinniśmy się kierować obawami, narzuconymi odgórnie standardami i koncepcjami na życie. Każdy z nas ma swoją, niepowtarzalną egzystencję i krótki odcinek czasu na jego spełnienie. Może warto uświadomić sobie, że stać mnie na coś więcej i wychylić nos zza domu ku otwartej przestrzeni. Historia pokazuje, że zbuntowanych jednostek jest mimo wszystko mało. Stabilizacja i spokój wewnętrzny pragnie osiągnąć większość. Boimy się nieznanego, boimy się czegoś gorszego… a czy może być coś gorszego, niż wyrządzane nawzajem krzywdy, wojny na tle religijnym, etnicznym?
Boimy się końca świata, dlatego mnóstwo osób z trwogą czyta wiadomości na ten temat. Widać wyraźnie, że ludzkie obawy i słabostki nie zginęły mimo odkryć geograficznych, astrologicznych, mimo postępu technologicznego. Wciąż obawiamy się, że gdzieś ktoś może odkryć coś gorszego. Zakazywane są badania naukowe, które zbyt ingerują w życie ludzkie w ramach granic etyki. Czy tylko chodzi na pewno o ten strach przed badaniami? Czy to one są powodem, że dany zabieg jest nieetyczny w stosunku do człowieka? Czy może bardziej obawiamy się niepewnej przyszłości, jaki to będzie miało skutek?
Kobiety wywalczyły emancypację, możliwość pracy w męskich branżach, ale czy kobieta nigdy nie pracowała? Pracowała bardzo ciężko już u zarania dziejów na polu, w domu. Emancypacja doprowadziła jedynie do prawnej akceptacji sytuacji kobiet, które wywalczyły swój status.
To co osiągamy, co zwiemy cywilizacją jest często dziełem indywiduów, którzy oddawali swoje życie w imię idei, dla lepszego życia w przyszłości. Nie przejmowali się, czy będzie istnieć jutro. Jednakże wciąż żywy strach nie pozwala zarówno akceptować takie jednostki i swobodnie tworzyć im wizje. Panicznie boimy się nowości, które zmuszają człowieka do zmian i akceptowania zaistniałych efektów. Ale czy nie warto podjąć wyzwania?

Seneka o krótkości życia. Refleksja.



                       (Katarzyna M)


Lucjusz Anneusz Seneka, większości z nas, znany jest jako autor „złotych myśli”, którymi opatruje się karty kalendarza.  Tymczasem jest on twórcą dzieł, które stanowią kanon literatury klasycznej i myśli humanistycznej.  Ubiera rzeczywistość w słowa, a słowa łączy w myśli, dzięki którym poznajemy sens nie tylko życia, ale i życia z sensem.  W części jego dorobku znajdujemy zbiór zatytułowany „O krótkości życia” ( De brevitate vitae).  Dla filozofów to typowy przykład myśli stoickiej, a dla współczesnych może być odpowiedzią na kult młodości i sukcesu.
Aby zrozumieć fenomen tego myśliciela, który w średniowieczu uchodził za świętego, podajmy parę faktów z jego życia. Urodził się w 4 roku przed Chrystusem w Kordobie. Ówczesnym cesarzem rzymskim był August. Mimo, iż Seneka nie był Rzymianinem, nie przeszkodziło mu to zrobić kariery politycznej. Pochodził, bowiem ze starej i szacownej rodziny. Jego ojcem był znany nauczyciel retoryki – Lucjusz Anneusz – zwany Seneką Retorem. Przyszły mąż stanu do Rzymu przybył, jako mały chłopiec.  Tu otrzymał gruntowne wykształcenie, głownie w zakresie retoryki i filozofii. W 32 roku po Chrystusie objął on stanowisko obrońcy sądowego. Natomiast za czasów panowania cesarza Tyberiusza sprawował swój pierwszy urząd państwowy – kwesturę. W krótkim czasie zyskał sławę wytrawnego pisarza i polityka. Jednak  w rzymskim państwie totalitarnym takie umiejętności oznaczały śmierć. Cesarz Kaligula w 37 roku wydał na Senekę wyrok skazujący na Senekę ; szczęśliwie wyrok ten nie został wykonany. Niestety, za panowania cesarza Klaudiusza  rzucono na niego oskarżenie utrzymywania stosunków erotycznych z Julią Liwillą, siostrą poprzedniego cesarza. Karą było ośmioletnie wygnanie, aż do roku 49, kiedy to za sprawą Agrypiny,  kolejnej żony Klaudiusza, Seneka wrócił do łask. Jednak ceną za ową protekcję było podjęcie się wychowania, syna Agrypiny, Nerona.                                                             
 Głównym zadaniem Seneki – nauczyciela było wpojenie przyszłemu władcy trwałych zasad moralnych. Kiedy młodociany Neron wstąpił na tron Seneka stał się jednym z najpotężniejszych ludzi w państwie. Faktycznie przez pięć lat sprawował władzę w Cesarstwie. W  56 roku objął on urząd konsula. Czasy jego rządów określane są przez współczesnych historyków, jako wzór sprawiedliwej polityki i największej pomyślności Rzymu. Neron jednak nie kontynuował polityki zapoczątkowanej przez Senekę, a jego zbrodnicze skłonności wkrótce dały o sobie znać. Za jego poleceniem zamordowano brata i matkę . Jego wpływom uległ również sam Seneka, który wbrew wyznawanym zasadom napisał kłamliwy list do senatu usprawiedliwiający krwawe rządy tyrana.                                    
 Po tych zdarzeniach Seneka postanowił wycofać się z życia publicznego. Aby przekonać Nerona, do zwolnienia go ze służby przekazał mu swój cały majątek, a swoją decyzję motywował podeszłym wiekiem i pogarszającym się stanem zdrowia. Neron jednak go nie przyjął, ale po pożarze Rzymu w roku 64 skorzystał z otrzymanej darowizny. W ostatnim okresie życia Seneka poświęcił się całkowicie pisarstwu. Niestety, oddalenie od dworu nie było gwarancją spokojnego życia. W 65 roku, kiedy wykryto plan zamachu na władcę – oskarżono Senekę o to, iż wiedział o zamiarach Pizona, a mimo to nie powiadomił cesarza. Karą za to była śmierć przez otwarcie żył. Ostatnie chwile Seneki z przejęciem opisuje w swoich kronikach Tacyt ( Tacyt, Roczniki XV 62-63, przekł. S. Hammera). Przykład życia owego męża stanu i myśliciela – daje nam jasne przesłanie, iż trzeba wiele silnej woli, aby trwać przy wyznawanych zasadach. Mimo licznych zasług  życie Seneki nie było pozbawione ciemnych stron.  Czy możemy jednak  potępiać wielkiego filozofa i artystę za to, że był tylko człowiekiem?                                  
 Wróćmy do jego rozprawy Ad Paulinum de brevitate vitae, której adresatem jest Paulinus, krewny żony Seneki, Pompei Pauliny, intendent do spraw zaopatrzenia Rzymu. Centralnym twierdzeniem dzieła  jest , iż długości życia nie można mierzyć długością lat: Czemu żalimy się na naturę? Postąpiła ona z nami łaskawie: życie jest długie, jeżeli się umie z niego korzystać [Seneka, 1987, s. 209]. Jeśli przyjrzymy się dokładniej temu zdaniu nie umknie nam uwagi nawiązanie do stoickiej etyki i kultu natury. Jednym z osiągnięć omawianej tu idei, jest jak pisał Tatarkiewicz kult natury. Natura jest rozumna, harmonijna, boska. Największą, więc doskonałością człowieka jest dostosowanie się do tej powszechnej harmonii. Życie powinno być przede wszystkim zgodne z naturą samego człowieka[Tatarkiewicz, 2005, s.  148]. Skoro śmierć jest wpisana w naturę ludzką nie pozostaje nam nic innego jak: Przez całe życie należy uczyć się żyć i – co może jeszcze bardziej cię zdziwi – przez całe życie należy się uczyć umierać [Seneka, 1987, s. 217].                         
 Filozofia stoicka na pierwszym miejscu stawiała uniezależnienie się od zewnętrznych okoliczności, które przeszkodziłyby nam w osiągnięciu cnoty, czyli szczęścia.  Cnota utożsamiana była zazwyczaj z rozsądkiem, wiedzą i rozumem. Aby wszystko mieć, trzeba się wszystkiego wyrzec. Ten jest mędrcem, kto tego dokona [Tatarkiewicz, 2005, s. 148]. Być może, dlatego Seneka tak cenił tych wszystkich ludzi, którzy żyli zgodnie z zakładanymi ideami: Życie mędrca rozciąga się bardzo szeroko, nie podlega ono tym samym ograniczeniom, co inni ludzie: on jeden jest wolny od praw władających rodzajem ludzkim, wszystkie wieki są mu posłuszne, podobnie jak Bogu. Przemija pewien czas? Ogarnia go więc wspomnieniem. Nadchodzi? Korzysta z niego. Ma dopiero nadejść? Uprzedza go. Mędrzec przedłuża swe życie łącząc wszystkie czasy w jedną całość [Seneka, 1987, s. 225]. Ideałem do, którego stoicy dążyli był ideał mędrca, który żyje zgodnie z naturą, rozumnie, cnotliwie i jest wolny. Osoba taka cnotę uważała za jedyne dobro, poza cnotą do szczęścia nic nie potrzeba. Wszelkie inne rzeczy takie jak bogactwo, siła, uroda, zaszczyty, zdrowie i życie – powinny być dla nas obojętne. Nie powinny budzić w nas pożądania. Prawdziwy mędrzec nie zwraca na nie uwagi i jest zupełnie niezależny. Seneka pisze: Przebadaj cały czas życia ludzi zajętych, przyglądnij się, jak długo prowadzą rachunki, jak długo przygotowują zasadzki, jak długo się boją, jak długo nadskakują innym, jak długo im samym się nadskakuje, ile czasu zajmują im własne i cudze sprawy sądowe, ile czasu zabierają im uczty, które już same są obowiązkami, a zobaczysz, do jakiego stopnia ich własne sukcesy i klęski nie pozwalają im znaleźć chwili wytchnienia [Seneka, 1987, s. 215]. Celem życia moralnego powinna być apatia, czyli beznamiętność – wyzbycie się zawiści, pożądliwości, smutku i obawy. Nigdy nie zabraknie powodów do niepokoju pochodzących bądź z powodzenia, bądź z niepowodzenia. Życie schodzi nam na zajęciach: nigdy nie skorzystamy z wypoczynku, zawsze będziemy tylko pragnęli [Seneka, 1987, s.225].                                                                                                        
W tej krótkiej rozprawie o krótkości życia zawarł Seneka podstawowe prawdy etyki stoickiej. Ponieważ z życiem ludzkim związany jest upływ czasu i w konsekwencji śmierć, musimy maksymalnie wykorzystać dane nam istnienie. Nie możemy go zmarnować, trwoniąc go, nie możemy stać się szaleńcami lecz mędrcami.  Bo właśnie mędrców nie dotyczy upływ czasu, bo to właśnie oni potrafią wykorzystać nawet krótkie życie - dobrze. Poprzez poszukiwanie mądrości, czyli cnoty, osiągają szczęście. Ten dar czyni ich nieśmiertelnymi.  Kto każdą chwilę obraca na swój użytek, kto każdy dzień układa jakby swój dzień ostatni, ten ani nie pragnie jutra, ani się go nie lęka [Seneka, 1987, s.217]. Śmierć zatem nie jest zła jeśli prowadzi nas do poznania siebie i osiągnięcia dobra. Ostrze krytyki wymierzone jest w ludzi, którzy nie dostrzegają wartości jakie mogą ubogacić ich życie. Seneka przestrzega: Jakże późno zaczynać życie, kiedy należy je kończyć! Jakież to głupie zamroczenie ludzi odkładać zbawienne plany na pięćdziesiąty, a nawet sześćdziesiąty rok życia i chcieć rozpoczynać życie w takim wieku, jaki tylko niewielu osiągnęło[Seneka, 1987, s.211].
Seneka był reprezentantem  młodszej szkoły stoickiej, która rozwijała się w Rzymie w okresie Cesarstwa i była ostatnią ostoją owej doktryny. Filozof skupiał się głównie na zagadnieniach etycznych i wiele jego spostrzeżeń może być przydatnych i w naszych czasach. Czy możemy zaczerpnąć z owej mądrości? Czy pozwolimy sobie na zatrzymanie się w pędzie do osiągnięcia sukcesu? Może czas pogodzić się ze śmiercią, starością i uświadomić sobie, że sens życia ludzkiego nie leży w ilości, ale w jakości. Może dzieła Seneki pozwolą nam na nabranie dystansu do siebie i otaczającego nas świata?

Bibliografia:
Lucjusz Anneusz Seneka, Myśli, przeł. Stanisław Stabryła, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1987;
Władysław Tatarkiewicz, Historia Filozofii, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2005, t.1;

Richard Dawkins Bóg urojony



                       
(Anna J)
                             

            Od dłuższego czasu nosiłam się z zamiarem przeczytania czegoś Dawkinsa, na którego nazwisko co i rusz się natykałam – głownie przy podczytywaniu dyskusji nt. sensu i bezsensu wiary. Dawkins traktowany był tam jako guru ateistów i otoczony ogromnym szacunkiem. Z czystej ciekawości sięgnęłam po najsłynniejsze chyba jego dzieło, Bóg urojony, by przekonać się osobiście, jak wygląda rozprawa z religią i wiarą, dokonywana przez tak inteligentnego i znanego interlokutora.
            No cóż… Przyznam szczerze, że dawno nie byłam tak rozczarowana po lekturze. Sposób pisania nużył mnie, argumenty były mało wyszukane, a opierały się głównie na założeniu, że każdy wierzący to analfabeta i prostak, za to ateiści to godni szacunku intelektualiści, którzy pojęli WIELKĄ PRAWDĘ – że Boga nie ma. Właśnie to raziło mnie najbardziej i zniechęcało do dalszej lektury: brak szacunku, który wręcz wylewał się z kartek tej książki. Zaczęłam czytać ją bez uprzedzeń, powodowana ciekawością i z pewną ekscytacją wyczekiwałam argumentów godnych przemyślenia i rozważenia (choćby w jakiejś filozoficznej dyskusji ze znajomymi). Otrzymałam zbiór opowiastek, które  na każdym kroku pokazują intelektualną różnicę między wierzącymi (teoretycznie Dawkins pisze o wszystkich religiach, lecz najczęściej odnosi się do chrześcijan) a ateistami, zawsze na korzyść tych ostatnich.
            Dla mnie Bóg urojony i Richard Dawkins to marka przereklamowana; za mało treści w stosunku do oczekiwań, jakie miałam. Czy to czas zmarnowany? Niekoniecznie. Zgadzam się z jednym twierdzeniem Dawkinsa, że nie ma dzieci muzułmańskich czy chrześcijańskich, są dzieci muzułmańskich/ chrześcijańskich rodziców. Zbyt mocno oceniamy innych poprzez pryzmat ich wiary (lub jej braku), natomiast powinniśmy patrzeć wyłącznie na tom jakim kto jest człowiekiem. Drugą korzyścią dla mnie jest moja mała refleksja: ateiści, aby udowodnić, że mają rację głosząc brak Boga, muszą wręcz atakować wierzących i udowadniać na każdym kroku, że wiara jest równoznaczna z brakiem inteligencji. Nie jest to merytoryczna argumentacja, a taka postawa ateistów sprawia jedynie, że dla mnie nie będą partnerami do dyskusji – cóż to za rozmowa, gdy jedna strona z założenia nie szanuje drugiej?

Persepolis i wizerunek kobiety w Teheranie



(Anna J)
 

Persepolis to film oparty na rzeczywistych przeżyciach Marjane Satrapi, Iranki, żyjącej w Teheranie podczas rewolucji i powstania nowego reżimu. To film opowiadający o wojnie, wzniosłych ideałach, rewolucji islamskiej, prześladowaniach „wrogów systemu” widzianych oczyma dziecka (podczas obalania Szacha Marjane miała około 6 lat). Poznajemy jej dalsze losy: wyjazd do Europy, do austriackiego liceum i kłopoty z odnalezieniem siebie (między innymi przez niemożność nawiązania bliższych kontaktów ze zblazowanymi Europejczykami), nagły powrót do Teheranu po porażce uczuciowej, kolejna próba znalezienia swojej tożsamości – w tym poprzez nieudane małżeństwo – i podjęta świadomie ponowna migracja, tym razem do Francji.
Marjane to nie tylko kobieta z Teheranu, która opowiada nam swoją historię, to również córka gorliwych marksistów, a także wnuczka ostatniego władcy Iranu. To wszystko sprawia, że na bohaterce w pewien sposób ciąży odpowiedzialność, by sprostać rodzinnym tradycjom: nie dać się stłamsić systemowi (szeroko pojętemu), być wiernym sobie i swoim ideałom, pamiętać o rodzinie i być dumnym ze swojego pochodzenia. Rodzinne zobowiązania najbardziej uwidaczniają się, gdy Marjane po raz pierwszy opuszcza Teheran i wyjeżdża do europejskiego liceum. Bardzo długo nie potrafi odnaleźć się wśród młodych ludzi, znudzonych życiem, bogactwem i samą nauką. Marjane ma za sobą wojnę, widok śmierci wielu niewinnych, pamięta o swoim wuju, który został uwięziony i zabity niemal zaraz po obaleniu Szacha. Jednak pragnie również akceptacji, dlatego mówi do zaczepiającego ją chłopaka, że jest z Francji. Ta sytuacja jest wyjątkiem w życiu bohaterki, można powiedzieć nawet, że to punkt zwrotny – po zdradzie swojej ojczyzny, swojego pochodzenia, swoich przodków, nie można zrobić nic gorszego. Dlatego następnym razem Marjane głośno  i w pewien sposób wyzywająco mówi, że pochodzi z Iranu. Zaczyna czuć się dumna ze swojego pochodzenia, ze swojej historii i odmienności. Ale to dopiero początek odkrywania siebie: zawody miłosne, powrót do domu i depresja, bardzo młode zamążpójście (dziewczyna ma 20lat,kiedy poślubia kolegę ze studiów), długie rozmowy z babcią, narastające poczucie wyobcowania sprawiają, że Marjane musi podjąć decyzję, co zrobić z dalszym życiem. Świadomie wybiera ucieczkę z Teheranu: wyjazd do Francji.
Persepolis to film animowany, co dla wielu może być wadą, ponieważ forma niezbyt pasuje do treści. Uważam jednak, że jest wręcz przeciwnie: pierwowzorem dla filmu był autobiograficzny komiks Satrapi[1], który też może wydawać się być nieodpowiednią formą dla ważnych tematów[2]. Komiks sprostał wyzwaniu, czego rezultatem jest powstanie filmu Persepolis. Jestem zdania, że czasem warto korzystać z innej formy przekazu, by: po pierwsze, łamać zastane schematy wyrazu w sztuce, po drugie – poprzez łamanie tych schematów wywierać silniejsze wrażenie na odbiorcach. Powiedzmy sobie szczerze, czy gdyby Persepolis był klasycznym filmem fabularnym, wywarłby na odbiorcach aż takie wrażenie? Podejrzewam, że nie. Wystarczy wejść na jakiekolwiek forum poświęcone filmom i poczytać dyskusje o samej formie Persepolis: dochodzi wręcz do kłótni, czy animacja to dobry czy zły pomysł w przedstawianiu takich właśnie historii. Dla mnie animacja ma jeszcze jedną zaletę, poprzez nieco spłyconą formę można skupić się bardziej na treści i na przekazie filmu. Dobór kolorów, a raczej palety szarości, również jest pomysłem wręcz genialnym. Kolory nie rozpraszają przy oglądaniu, a szarość filmu sprawia, że pewne sceny nabierają wyjątkowej ostrości i głębi (np. wizyta u wujka w więzieniu). Jest godne zauważenia, że kolory pojawiają się dopiero w scenach, gdy Marjane przylatuje do Francji. Można stwierdzić, że to pojawienie się barw ma znaczenie symboliczne – bohaterka podejmuje decyzję o wyjeździe świadomie, kiedy wie, kim jest i nie wstydzi się tego. Barwy pojawiają się, ponieważ Marjane wreszcie odkryła siebie.
Na mnie Persepolis wywarł ogromne duże wrażenie. Przede wszystkim jest to dobrze zrobiony film, trzymający w napięciu przez cały czas trwania. Ponadto opowiadana historia, historia, która zdarzyła się naprawdę, sprawia, że trudno się oderwać od ekranu. Bardzo spodobało mi się pokazanie losu irańskich kobiet w przeciągu dobrych kilku lat. Marjane zaczyna swoją opowieść chwilę przed obaleniem Szacha: widzimy jej matkę, energiczną i samodzielną wykształconą kobietę, która dla męża jest pełnoprawną partnerką. Poznajemy też babcię bohaterki, najważniejszą dla niej osobę. Babcia wygłasza swoje odważne poglądy, nie boi się doradzać wnuczce, by ta żyła zgodnie ze swoimi pragnieniami, nawet jeśli te nie są zgodne z oficjalnymi poglądami władz państwa po rewolucji religijnej. To dzięki babci Marjanne ma siłę walczyć o siebie, o swoją godność i niezależność.
W trakcie rewolucji możemy zaobserwować, jak zaczyna zmieniać się ranga kobiety w Teheranie – kobiety zaczynają nosić chusty zasłaniające włosy, zaczynają być traktowane jak osoby gorszej kategorii, mężczyźni mogą je bezkarnie lekceważyć. Po nastaniu nowych rządów jest jeszcze gorzej, zaczyna panować religijny terror, nie ma miejsca na wyrażanie swoich poglądów przed kobiety, niezależnie od tego czy są wykształcone czy nie.
Po kilkuletniej przerwie Marjane wraca do rodziny i z jej opowieści zauważamy, że praktycznie nic się nie zmieniło, jeśli chodzi  traktowanie kobiet -  nie mogą się malować, chodzić w zbyt wyzywających ( odsłaniających ciało)ubraniach, nie mogą nawet spotykać się z mężczyznami, jeśli to nie ich rodzina. Nawet babcia wyraża swoje opinie w bezpiecznym zaciszu domu, ponieważ zdaje sobie sprawę, że pewne sądy mogą być niebezpieczne. Ale można zaobserwować tu „luźniejsze” podejście rodziny bohaterki do niektórych kwestii: kiedy Marjane wraca z Europy, w rozmowie z kuzynkami przyznaje się, ze nie jest już dziewicą. Zgodnie z naszymi oczekiwaniami takie wyznanie powinno dać w rezultacie oburzenie, prawie ukamienowanie, natomiast w filmie kuzynki tylko śmieją się i z pewnym podziwem patrzą na obytą w świecie Marjane.
W zasadzie pojawia się pewna ciekawa kontra – media pokazujące losy kobiet w krajach muzułmańskich skupiają się na tych biedniejszych, mniej wykształconych i zależnych niemal wyłącznie od mężczyzn, w Persepolis natomiast kobiety, nawet po rewolucji, mają prawo głosu na równi z mężczyznami, są przez nich szanowane i doceniane. Przez taką a nie inną sytuację rodzinną Marjane może zaprotestować podczas wykładów przeciw nierównemu traktowaniu studentów i studentek, może podejmować sprytne próby „obejścia” systemu, aby móc nosić seksowne ubrania i chodzić w makijażu. Marjane wychodzi za mąż za kolegę ze studiów, który nie jest tyranem, nie bije żony, nie staje się autorytarnym  panem i władcą. Trzeba tu także podkreślić, że rodzice nawet nie podejmują prób, by narzucić córce swoje zdanie. Zdarzyło się tak tylko raz, kiedy wysłali ją do europejskiego liceum, choć mieli na celu zapewnić dziewczynce bezpieczeństwo i szansę na lepszą przyszłość. Wszelkie późniejsze decyzje bohaterka podejmuje na swoją odpowiedzialność, choć nie zawsze z głośną akceptacją rodziny. Wie jednak, że bez względu na to, co się może stać, jej oparciem będą najbliżsi. To jest dla mnie najważniejsze przesłanie tego filmu: bez względu na to, gdzie jesteśmy i kim jesteśmy, osiągniemy każdy cel, zrealizujemy każde zadanie tylko dzięki świadomości, że zawsze znajdzie się ktoś bliski, kto nam pomoże czy doda otuchy. Marjane pod koniec filmu staje się silną, niezależną kobietą, ponieważ odkrywa tę banalną prawdę; to daje jej siły, by ponownie zawalczyć o swój lepszy los w państwie europejskim.


[1] Persepolis 1 – historia dzieciństwa i Persepolis 2 – historia powrotu.
[2] Od razu kojarzy mi się to z głośnym przed paru laty komiksem Maus Arta Spiegelmana, poświęconym tematyce II wojny światowej, gdzie bohaterami były zwierzęta.

O nadziei. Mimo wszystko



(Karolina Napiwodzka)


Kto z nas nie spotkał się w ciągu minionych tygodni ze słowem „kryzys”? Jest ono na tyle popularne, że chyba trudno poruszać się po obszarach życia społecznego, aby się z nim  nie zetknąć. Oczywiście w naszej prywatności również ma swoje stałe miejsce. Lecz czym  właściwie jest kryzys? Czy każde załamanie musi prowadzić do depresji? A może powinno być pretekstem do zmiany stylu życia? Chyba że to tylko przystanek w drodze i zadaniem, będącym w zasięgu możliwości człowieka jest  uczynić go pożytecznym dla całościowego doświadczenia i późniejszych trudności i zmagań?
Między innymi od tych zagadnień wychodzi Tomáš Halík, czeski filozof i teolog w książce Drzewo ma jeszcze nadzieję. Z jego ułożonych w logiczną całość, pełnych literackiego wyrazu refleksji wynika, że nadzieja ma w naszym życiu rolę o wiele większą, niż się tego spodziewamy. Książka nie jest oczywiście próbą uzupełnienia podręczników psychologii czy tajemniczym zbiorem cennych rad dotyczących radzenia sobie z problemami codziennego życia. Halík podchodzi do tematu z perspektywy wiary i teologii chrześcijańskiej, ale dysponuje przy tym wszechstronną wiedzą i przyjmuje filozoficzne nastawienie ciągłego poszukiwania. Nie chce dzielić się z czytelnikiem gotowym przepisem na najlepsze „gospodarowanie nadzieją” i sposobami pokonywania różnorakich kryzysów lecz, razem z czytelnikiem, przechodzi pewną drogę. Stanowi to niewątpliwie zachętę dla osób, które na chwilę obecną z różnych względów nie widzą dla siebie miejsca w gronie chrześcijan.
Autor podsuwa dyskretnie słówko może jako to, które powinno być obecne w każdej odpowiedzialnej refleksji. Wskazuje, że na płaszczyźnie zarówno intelektualnej debaty jak i „rozmowy z samym sobą” o sprawach najważniejszych, podejście fundamentalistyczne jest wielkim niebezpieczeństwem. Nie boi się odważnych hipotez i docierania do argumentów z różnych źródeł. Pojawiają się prowokacyjne pytania, takie jak „Do czego potrzebujemy Boga?” czy dlaczego powinniśmy patrzeć sceptycznie na zjawisko wielkiego „powrotu religii”. Padają również trafne, niekiedy zdumiewające pomysły odpowiedzi. Sam Bóg przedstawia się jako Tajemnica, która dla rozumu stanowi wyzwanie bez zakończenia, natomiast dla serca miejsce pojawienie się życiodajnej nadziei. W tle figuruje niezwykle osobista, lecz nie nachalna interpretacja Księgi Hioba ( to właśnie z tej księgi Biblii zaczerpnięty jest tytuł książki).
Zajmujący jest także rodzaj diagnozy wystawionej przez Autora współczesnemu Kościołowi katolickiemu oraz szersze spojrzenie na społeczeństwo ostatnich lat, z uwzględnieniem subtelnych, lecz dających wiarygodne podłoże, własnych przemyśleń i doświadczeń. Halík znajduje w swojej książce miejsce zarówno dla rzeczy, które karmią nas na co dzień jak i tych przywoływanych  „od święta” jako ratunek, pomoc czy pomysł na życie. Tym, co moim zdaniem, powinno zaciekawić w sposób szczególny jest, poruszone przez Autora, zagadnienie współistnienia realnego zła obok nieskończenie dobrego i wszechmocnego Boga. Zaintrygowanych próbą odpowiedzi, która wydaje mi się wielce wiarygodna w kontekście naszej współczesności pozostaje oczywiście zaprosić do lektury. Dla mnie była ona niezwykle pozytywnym doświadczeniem, na pewno  zachęcającym do sięgnięcia po inne publikacje tego filozofa i teologa.  
    

Oriana Fallaci – recenzje



(Anna J)
                                 

                 Siła rozumu i Wywiad z samą sobą. Apokalipsa to dwie książki z cyklu poświęconego kwestii islamizacji Europy. Pierwszą część stanowi Wściekłość i duma, pierwotnie duży artykuł opublikowany w Corriere della Serra. W ostrych słowach, nie bawiąc się w polityczną poprawność, Fallaci przedstawia sytuację współczesnej Europy stojącej w obliczu zalewu muzułmańskich imigrantów. Dwie tezy przewijają się przez wszystkie te dzieła: nie można mówić o umiarkowanym islamie, ponieważ coś takiego nie istnieje; polityka wielokulturowości i tolerancji zachodnich elit kulturalnych powodują, że imigranci nie przyjmują zachodnich zasad życia (nie asymilują się i nie mają takiego zamiaru, żyjąc w swoich gettach i własnym środowisku) oraz gardzą cywilizacją zachodnią, nie wahając się okazywać przeciw niej otwartej wrogości.
            Dziennikarka nie poprzestaje na postawieniu tak kontrowersyjnych dla czytelnika tez: opisuje zbrodnie, jakich się dopuścili muzułmanie (zarówno imigranci, jak i ludzie związani z organizacjami terrorystycznymi), podaje nazwiska, daty, fakty znane szeroko pojętej opinii publicznej; pojawiają się brutalne i bardzo szczegółowe opisy mordów, jakie muzułmanie dokonywali na Europejczykach (dla Oriany najbardziej bulwersujący w tych mordach jest fakt, że są nagrywane i emitowane przez stacje telewizyjne oraz dostępne na czarnych rynkach). Dodatkowo pada zarzut (powtórzony kilkakrotnie) o bierności sił politycznych, zwłaszcza włoskich, w kwestiach związanych z muzułmańskimi imigrantami. Fallaci opisuje, że dla wyznawców islamu zmieniane są przepisy, aby mogli uczestniczyć w swoich świętach, naginane jest prawo, aby umożliwić im życie zgodne z ich regułami i zasadami – przykładem jest żyjący we Włoszech muzułmanin posiadający zgodnie z prawem koranicznym dwie żony, co jest sprzeczne z prawem włoskim. Mimo powszechnej wiedzy o tym, że ów imigrant łamie prawo, nikt nie zamierza nawet go ukarać – dziennikarka szydzi, że Europa źle zrozumiała, co to znaczy być tolerancyjnym dla innych kultur i wyznań. Jest to jeden z wielu przykładów takiej chorej tolerancji (inne działania to: brak sprzeciwu wobec obrzezania dziewcząt, dopuszczanie do dyskryminujących zachowań wobec kobiet, brak reakcji na groźby islamskich przywódców skierowane wobec Zachodu).
            Sama Fallaci wielokrotnie była atakowana za rasistowskie teksty, za podżeganie do nienawiści rasowej oraz za opisywanie rzeczy „niezgodnych z faktami”. W Wywiadzie wspomina, jak po Sile rozumu została określona przez włoską prasę i włoskich polityków mianem „jebana Oriana”. Choćby ze względu na to należy zapoznać się z jej tekstami. Warto to zrobić również z innych względów, na przykład dla spojrzenia na kwestię islamizacji Europy z innej perspektywy. Fallaci wydawała ostre sądy, niemniej jednak skłaniają one do myślenia, do samodzielnego przyjrzenia się problemowi imigracji w Europie oraz do refleksji, jakie mogą być konsekwencje nadmiernej tolerancji wobec innych kultur – tolerancji jednostronnej, nie zapomnijmy.

                List do nienarodzonego dziecka i Penelopa na wojnie to teksty Fallaci, po które sięgnęłam na fali zachwytu po przeczytaniu Siły rozumu oraz Autobiografii. Byłam zaskoczona zarówno formą, jak i tematyką. Nie są to dzieła poświęcone polityce czy islamizacji, są to powieści – intrygujące, pełne interesujących przemyśleń.
          List to powieść, w której główna bohaterka – dziennikarka, zachodzi w ciążę i ku zdziwieniu otoczenia postanawia urodzić dziecko. Dlaczego wywołuje to zdziwienie? Bohaterka jest kobietą samotną, jako dziennikarka prowadzi nerwowy i nieregularny tryb życia, jest w trakcie budowania swojego nazwiska i swojej renomy. Wszyscy, z przyjaciółką i rodzicami na czele zdają się oczekiwać na decyzję o aborcji. Tymczasem bohaterka-narratorka pisze do dziecka liściki, ostrzega przed niebezpieczeństwami świata, jednocześnie zachęcając do narodzin i do walki o to, by ten świat stał się lepszym. Nie zdradzę zakończenia, ponieważ liczę, że ktoś może sięgnie po tę książkę. Z ciekawostek dodam, że powstała, gdy Oriana straciła swoje dziecko (poronienie), jest to więc powieść bardzo osobista, dotykająca najbardziej intymnych spraw.
Penelopa na wojnie zmyliła mnie tytułem. Spodziewałam się zbeletryzowanego reportażu o przeżyciach Fallaci jako korespondentki wojennej, otrzymałam powieść quasimiłosną. Główna bohaterka, Gio (skrót od Giovanni) wyjeżdża do Nowego Jorku, by napisać scenariusz do nowego filmu. Dla niej jest to w pewnym sensie podróż marzeń – podczas wojny, gdy Gio miała 12 lat, w jej domu schroniło się dwóch amerykańskich żołnierzy; w młodszym z nich, Richardzie, Gio się zakochała. Dziewczyna zatrzymuje się u swojej przyjaciółki i poznaje nocną stronę NY, stronę bardziej rozrywkową. W jednym z lokali spotyka swoją dziecięcą miłość, Richarda – o którym myślała, że zginął podczas wojny (taką też dostała informację). Poznajemy uczucia Giovanny do Richarda, wahania Richarda do odwzajemnienia tychże; pojawia się Bill jako swoistego rodzaju katalizator, jedyny, który jest świadomy całej sytuacji. Gio dojrzewa, uczy się podejmować decyzje i ponosić ich konsekwencje, odróżniać miłość od litości czy też dziecięcej fascynacji. Richard stara się odciąć od wpływu matki na swoje życie. A Bill? Bill obserwuje, doradza, wyjaśnia…jednocześnie wzbudzając w Giovannie uczucie, do którego przyznaje się ona znacznie później.
            Od razu zaznaczę, że nie jest to lovestory ze szczęśliwym zakończeniem. Nie zapominajmy, kto jest autorem. Gio wraca do Włoch, zmieniona i gotowa walczyć o uczucie. Niestety, uznaje, że aby uczucie mogło zaistnieć, niezbędna jest brutalna szczerość, czym – paradoksalnie – owo uczucie zabija. Jednak zakończenie jest pozytywne: dziewczyna nie załamuje się, ponieważ otrzymała nauczkę, że w życiu i w miłości trzeba postępować jak na wojnie, być ostrożnym, czujnym i działać, ponieważ bycie czekającą, bierną Penelopą nie przynosi nic prócz zawiedzionych nadziei.

Brzytwa Ockhama



(Aleksander Ziemny)


Zarys historyczny

Kontekst, w którym należy omówić pojęcie Brzytwy Ockhama w średniowieczu, to przede wszystkim problem o status istnienia powszechników[1] czy też pojęć ogólnych. Scholastyczna interpretacja zainspirowana była głównie Arystotelesem i jego interpretatorami, przyjmowała umiarkowany realizm – doktryna ta była oficjalnym stanowiskiem Kościoła rzymskokatolickiego i na takich założeniach były budowane dogmaty. Tendencje nominalistyczne występowały już od XI wieku, jednakże dopiero w XIV wieku za sprawą Wilhelma Ockhama nurt ten przerodził się w poważną krytykę scholastycznego realizmu[2].
Ockham, który włączył się w niekończący spór o uniwersalia, jako pierwszy sprecyzował pojęcie ekonomii myślenia w odniesieniu do wyznawanego przez siebie skrajnego nominalizmu – głoszącego, że żadne pojęcia ogólne (idee) per se nie istnieją realnie, a są to jedynie nazwy ogólne[3] (gatunkowe) – wyodrębnienie tej kategorii nazw pochodzi od Arystotelesa, jednakże dużą zasługą Ockhama jest właśnie nominalistyczne potraktowanie pojęć – nie jako istniejących: bytów, w bytach lub w umysłach (nominalizm umiarkowany), lecz jako kategorii językowych.
Radykalny nominalizm Ockhamowski był w ciągłej opozycji do realistycznego podejścia scholastyków, którzy twierdzili, iż pojęcia ogólne odpowiadają realnym kategoriom ontologicznym – tzn., że pojęcie Człowiek oznacza pewną realnie istniejącą idee człowieka w ogóle, różnego od człowieka jednostkowego (w Platońskiej wersji skrajnego realizmu zakładano istnienie zupełnie niezależne przedmiotów ogólnych, w umiarkowanej – Arystotelesowskiej – istnienie przedmiotów ogólnych wewnątrz bytów jednostkowych[4]).
Za Richardem Heinzmannem, podaję pojęcie brzytwy sformułowane przez Wilhelma Ockhama:
Bez konieczności nie należy zakładać wielości. Na darmo dzieje się za pośrednictwem wielości to, co może dokonać się przez mniejszą ilość.[5]
Z owej właśnie zasady metodologicznej wynikała Ockhamowska krytyka realnego istnienia powszechników, jak zostało wcześniej zasygnalizowane: przyjmował on, że terminy (nazwy) ogólne oznaczają nie rzeczy ogólne, istniejące, ale indywidua – w takim ujęciu nazwa Człowiek nie jest kategorią ontologiczną, lecz językową, oznaczającą, w tym wypadku, gatunek ludzki, do którego kwalifikuje się każdy jednostkowy byt, nazywany człowiekiem.
Oprócz nominalizmu i metody Ockhama, również jego intuicjonizm i sceptycyzm okazały się silnym bodźcem dla rozwoju nauk (Kołakowski akcentuje znaczenie ockhamowskiej filozofii dla późniejszego rozwoju pozytywizmu oraz neopozytywizmu, które to doktryny przyjąwszy skrajną, ockhamowską, wersję nominalizmu oraz zasadę ekonomii myślenia, odrzucały terminy metafizyczne – w tym religijne, uznawane za nieposiadające odniesienia przedmiotowego[6]) oraz bardzo krytycznej recepcji teologii scholastycznej. Sceptycyzm Ockhama przejawiał się głównie wobec dogmatyki, metafizyki i teologii katolickiej – zakwestionował szczególnie klasyczną Arystotelesowską zasadę przyczynowości (zakładającą pierwszą przyczynę), w połączeniu z jego intuicjonizmem, który można scharakteryzować jako bardzo wczesna postać empiryzmu, doprowadziły w filozofii ockhamowskiej do całkowitego odrzucenia rozumowej, racjonalistycznej, teologii scholastycznej na rzecz fideizmu – przyjmował dogmaty wyłącznie na wiarę, bez prób dowodzenia ich[7]. Poznanie intuicjonistyczne polega zasadniczo na poznaniu rzeczywistości zarówno zmysłowo, jak i intelektualnie, a poznaniu temu podlegają wyłącznie przedmioty jednostkowe (abstrakcja ma miejsce jako swego rodzaju generalizacja językowa, ale nic ponadto)[8].
Te rozważania nadały szczególnego rodzaju legitymizacje dla zapoczątkowania empirycznych badań naukowych, które miały abstrahować od istnienia bytów idealnych (współcześnie teza ta jest co najmniej dyskusyjna, ale w średniowieczu pozwoliło to na powolne odżycie badań empirycznych). Ponadto Ockham dał badaczom użyteczne narzędzie metodologiczne w postaci swojej Brzytwy, która do dziś jest w sposób mniej, lub bardziej świadomy, wykorzystywana do krytycznej analizy nowych hipotez naukowych. 

Znaczenie Brzytwy Ockhama w naukach przyrodniczych

Brzytwa Ockhama ma dwa zasadnicze sformułowania: z historycznego punktu widzenia, samemu Ockhamowi, służyła do oddzielenia prawd wiary, od prawd empirycznych i wyeliminowaniu pojęć ogólnych, uznanych przez niego za nierealne, co zostało poruszone wcześniej. Bardziej współczesną interpretację można sformułować jako: nie twórz nowych czynników (szerokie rozumienie czynników - zależne do jakiej dziedziny nauki zasada zostanie odniesiona) jeżeli nie istnieje taka potrzeba, a jeżeli już, to udowodnij najpierw ich potrzebę. Ta druga, bardzo luźna, interpretacja zdaje się być przydatna dla rozważenia poniższych problemów.
Ockhamowska zasada ekonomii myślenia współcześnie służy jako jedno z narzędzi krytycznych w naukach przyrodniczych – nie należy jej uznawać za metodę niezawodną. W historii nauki, z kontekstu różnych odkryć naukowych da się wywnioskować, że była używana nader często przy odrzucaniu nowych odkryć, wydawałoby się zbyt pochopnie. W tym duchu warto rozważyć stosunkowo ciekawe wykorzystanie tej zasady.
Interesująco przedstawia się interpretacja XIX. wiecznego postulatu o istnieniu eteru (jako ośrodka w którym rozchodzić by się miały fale elektromagnetyczne, a przede wszystkim szczególny ich rodzaj: światło) z perspektywy Brzytwy Ockhama. W tamtym okresie dominującym przekonaniem w fizyce było, iż światło jest wyłącznie falą, natomiast z ówczesnej wiedzy wynikało, iż każda fala do rozchodzenia wymaga pewnego ośrodka materialnego. W celu wyjaśnienia rozchodzenia się fal świetlnych powstała zatem hipoteza eteru (definitywnie odrzucona dopiero w XX. wieku dzięki sformułowaniu szczególnej teorii względności Einsteina) – w skrócie teoria eteru przyjmowała, że przestrzeń we Wszechświecie wypełniona jest pewnym specyficznym, sprężystym rodzajem materii (eterem), w którym miały rozchodzić się fale elektromagnetyczne takie jak światło – miało to niezwykle poważne implikacje, ponieważ wynikało z tej teorii, iż we Wszechświecie istnieje pewien absolutny układ odniesienia, względem którego wszelkie zjawiska we wszechświecie można badać. W 1881r. fizyk Albert Michelson oraz chemik Edward Morley, opracowali niezwykły eksperyment[9], który w założeniu miał potwierdzić teorię eteru – okazało się coś absolutnie odwrotnego. Z przeprowadzonego eksperymentu wynikało, iż taki absolutny ośrodek materialny nie może istnieć. Mimo tego odkrycia hipotezę eteru utrzymywano i próbowano przeformułować aby odpowiadała doświadczeniu. Jednym z powodów nie odrzucania koncepcji eteru był brak alternatywnego wyjaśnienia, które byłoby w stanie wytłumaczyć falową naturę światła[10] (teoria korpuskularna była dla ówczesnych fizyków niezwykle egzotyczna, teoria korpuskularno-falowa została sformułowana dopiero w latach 20. XX. wieku, a fizyka inna niż Newtonowska była nie do pomyślenia)[11].
Zakończenie
Brzytwa Ockhama w nominalistycznej refleksji w okresie średniowiecza, była narzędziem niezwykle użytecznym, pozwalającym w rozsądny sposób uzasadnić nominalistyczny punkt zapatrywania na powszechniki. Przeformułowana w współcześnie spełniała już inne funkcje, bardziej w tle i implicite zawarte w rozważaniach nad odkryciami naukowymi, ale nadal dawała się dostrzec jako taka metoda, która podtrzymywała zdrowy sceptycyzm naukowy.
W drugiej połowie XX. wieku, wraz z szybkim rozwojem elektroniki, powstaniem komputerów, Ockhamowska brzytwa znalazła swoją niezwykle istotną niszę jako nieformalna zasada, wspomagająca tworzenie programów oraz zapewniająca im prostotę i jest z powodzeniem wykorzystywana w praktyce programistycznej do dzisiaj.










Bibliografia:
1.     Murawski, Roman (1995). Filozofia matematyki (ss. 165,  166). Wydawnictwo PWN.
2.     Kołakowski, Leszek (2009). Filozofia pozytywistyczna (ss. 20). Wydawnictwo PWN.
3.     Heinzmann, Richard (1999). Filozofia średniowieczna, przeł. Piotr Domański (ss. 242, 244-245). Wydawnictwo Antyk.
4.     Kotarbiński, Tadeusz (1985), Spór o uniwersalia [w:] Wykłady z dziejów logiki (ss. 52, 56). Wydawnictwo PWN.
5.     Tatarkiewicz, Władysław (2009). Historia filozofii tom I (ss. 338, 341). Wydawnictwo PWN.
6.     Bryson, Bill Krótka Historia prawie wszystkiego, roz. „8. Wszechświat Einsteina”




[1] Murawski, Roman (1995). Filozofia matematyki (ss. 165). Wydawnictwo PWN.
[2] Kołakowski, Leszek (2009). Filozofia pozytywistyczna (ss. 20). Wydawnictwo PWN.
[3] Murawski, Roman (1995). Filozofia matematyki (ss. 166). Wydawnictwo PWN.
[4] Kotarbiński, Tadeusz (1985), Spór o uniwersalia [w:] Wykłady z dziejów logiki (ss. 52). Wydawnictwo PWN.
[5] Heinzmann, Richard (1999). Filozofia średniowieczna, przeł. Piotr Domański (ss. 242). Wydawnictwo Antyk.
[6] Kołakowski, Leszek (2009). Filozofia pozytywistyczna (ss. 20). Wydawnictwo PWN.
[7] Tatarkiewicz, Władysław (2009). Historia filozofii tom I (ss. 338, 341). Wydawnictwo PWN.
[8] Heinzmann, Richard (1999). Filozofia średniowieczna, przeł. Piotr Domański (ss. 244-245). Wydawnictwo Antyk.
[10] Bryson, Bill Krótka Historia prawie wszystkiego, roz. „8. Wszechświat Einsteina”
[11] Jest to dosyć swobodna interpretacja historii tego odkrycia, a wykorzystanie Brzytwy Ockhama jest wyłącznie jednym z powodów tak długiego utrzymywania hipotezy eteru przez fizyków. Dla pełniejszego obrazu należałoby się odnieść do Struktury rewolucji naukowych T. Kuhna oraz falsyfikacjonizmu Popperowskiego.

Współtwórcy

Obsługiwane przez usługę Blogger.