Egzystencjalna blokada do zrobienia czegokolwiek



(Ania)

No właśnie. Plany, projekty, rozpisanie celów i działań na każdy dzień tygodnia…a zapału wystarcza tylko na kilka dni – jeżeli nie wyczerpuje się szybciej. Nie jest tak, że brakuje wyznaczonego celu; istnieją też ważne powody do wzięcia się za robotę. Brakuje zapału. Zwalać winę na pogodę? Można, mało kto lubi listopad. Ponadto człowiek łatwiej łapie różnego rodzaju przeziębienia, a wtedy pracuje się (i myśli) dużo gorzej…
Ile można się usprawiedliwiać? Ile można popadać w stany załamania nerwowego, że kolejny dzień nie zrobiło się niemal nic? Ile można zgrzytać z zazdrości zębami na widok osiągnięć innych?

Rozwiązania są dwa – narzekać więcej niż do tej pory, nie robić nic poza niezbędne minimum, z wyraźną świadomością, że nie zrealizuje się swoich planów nawet w połowie albo: wziąć się do roboty porządnie, nawet kiedy wyznaczony cel nie wydaje się być tym, czego się chce. Po drodze do osiągnięcia tego celu można się wiele nauczyć; sama sytuacja również może ulec zmianie i to, co wydawało nam się niepewne i niejasne, będzie wiadome.

Dla swojego własnego dobra wybieram (póki co) drugą drogę, czyli pracę, pracę, pracę. Choćby poprzez porównywanie się do innych, abym miała mobilizację do nauki. Udowodnienie sobie, że umiem, potrafię, dam radę – przestając być zależna od innych (skądinąd bardzo życzliwych osób). Pokazanie, że nie jestem przypadkową osobą na danym stanowisku/w danym miejscu. Życie będzie takie, jakim je sobie wykreujemy – więc czas wziąć się do roboty!


[Post mało filozoficzny, poza tym z ogromnym opóźnieniem…jednakże zakładam, że porusza szeroko rozumiane problemy bytoweJ dodatkowo, publikując coś, co jest swoistą obietnicą wzięcia się w garść i zaprzestania żywota depresyjnej rozmamłanej niedojdy intelektualnej, liczę, że będzie to dla mnie motywacja. Do prawdziwej pracy – tym razem]

Współtwórcy

Obsługiwane przez usługę Blogger.